koperkuba
koperkuba.blog.interia.pl
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
O mnie
koperkuba
Słówko o mnie
Zobacz mój profil
Księga gości
 
Wyszukiwanie
Wyszukaj w tym blogu:
Fraza:
Od kalendarz do kalendarz
 
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2006
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Notki
Wampir: Maskarada - sesja 1 2006-04-28
Urodziłem się w Katowicach, mniej więcej w 1978 roku. Nie miałem za ciekawego dzieciństwa, urodziłem się w biednej rodzinie, która po upadku komunizmu dość szybko straciła pracę – utrzymywaliśmy się z zasiłku, więc zaraz po skończeniu podstawówki musiałem iść do pracy zamiast się kształcić. Wprawdzie zwiedziłem trochę świata, trochę się poduczyłem życiowo, ale w wypadku, jaki się wydarzył na budowie zginał mój majster. Wina spadła na mnie, więc musiałem uciekać na Ukrainę, gdyż byłem ścigany w listem gończym za morderstwo. Od przyjaciela dowiedziałem się, że mój ojciec zmarł – nie mógł znieść tego, że jego syn został mordercą. Gdy miałem zamiar już wrócić okazało się, że narodziłem się po raz drugi – dla Nocy. Było to cztery lata temu. Jako gangrel doskonale dawałem sobie radę w okolicznych lasach małopolski, gdzie powróciłem po przymusowym zesłaniu na Ukrainę. Aż do dziś…

Nie pamiętałem dokładnie ostatnich trzech dni. Ocknąłem się w lesie, jakaś wielka siła ciągnęła mnie w pewnym kierunku, ledwo mogłem się jej opierać. Jakiś oszalały kainita, z mordem w oczach rzucił się na mnie – nie wiadomo skąd, nie wiadomo, dlaczego. Gdy już powaliłem go na ziemię i rozszarpałem jak zwierze ofiarę, usłyszałem ogromny huk. Poszedłem sprawdzić skąd doszedł ten odgłos i dotarłem na miejsce wypadku. Znałem tamtych kainitów – Weronika i Piotr, – choć nie byłem w stanie przypomnieć sobie coś więcej ponad to. Na drodze leżał przejechany jeleń i trup, z którego Piotr uzupełniał vitae. Weronika była w jeszcze gorszym stanie.

Na szczęście już skojarzyłem gdzie się znajdowaliśmy. Były to Maszkowice, wieś niedaleko Nowego Sącza. Poprosiłem Piotra by wziął Weronikę i szedł za mną – niedaleko tutaj jest siedziba mojej trzody – kilka budynków należących do okolicznych cyganów. W środku jednego z domów, Weronika dostała potrzebną krew i jakoś wróciła do siebie. Oni też nie bardzo pamiętali kilka ostatnich dni, tak samo kojarzyli mnie, tak samo czuli dziwną wieź ze mną, – lecz nic ponadto.

Chwilę później odnalazł nas, wysłany przez nowosądeckiego księcia Gabriela – kainita o imieniu Arkadiusz. W trakcie rozmowy wyszło, że Piotr ma list od krakowskiego księcia Władysława do Gabriela – a Weronika szuka swojej córki. Nie wiadomo, kim był ten człowiek, który zginał w wypadku.

Najpierw dostałem dziwnego sms, a potem zadzwonił telefon –przyjaciel z dzieciństwa poinformował mnie o śmierci brata.

Zdecydowaliśmy pojechać do Nowego Sącza by przedstawić księciu Weronikę i Piotra. Przejeżdżaliśmy koło miejsca wypadku, gdzie Piotr i Arek starali się dowiedzieć coś więcej. Jednak dopiero wizyta na komisariacie i w kostnicy – pozwoliła nam ustalić, że martwy z wypadku to prywatny detektyw, który szukał córki Weroniki. Odzyskaliśmy też osobiste rzeczy należące do Weroniki, wśród których był list od jej Matki, która prosiła, aby ją odnaleźć w Zakopanem. Cały list był napisany w dziwny sposób – jakby Monika zamierzała zrobić coś, co nie spodoba się nikomu i będzie potępiane przez Księcia i innych. Wiedzieliśmy, że ghule Moniki szaleją – jakby brakowało im jej krwi.

W budynku należącym do księcia Nowego Sącza, po podstawieniu się i otrzymaniu gościny w tutejszej domenie, wyszło na jaw, że Książe Krakowa i Książe Nowego Sącza są w jakimś konflikcie – w liście były warunki, których Gabriel nie chciał przyjąć. Nawet list nie bardzo go interesował. Zostaliśmy kulturalnie wyproszeni z posiadłości Księcia.

Po przebudzeniu zdecydowaliśmy się jechać do Zakopanego. Nie ma tam Księcia, więc nie musieliśmy się przedstawiać. Trafiliśmy do tajnego klubu dla kainitów, gdzie, co niektórzy nas pamiętali sprzed kilku dni. Podobno spotkaliśmy się tutaj z Moniką jakieś cztery dni temu. Kiedy zdecydowaliśmy się opuścić lokal – po telefonie Władysława, który przekazał Piotrowi inne miejsce pobytu Moniki – zostaliśmy zaatakowani przez kilku podejrzanych wampirów – tak jak ten który mnie zaatakował w lesie – z mordem w oczach. Udało się nam przeżyć to starcie.
WFRP2 "Przez ostepy Drakwaldu" 2006-03-17
I udało się. Wczoraj odbyła się pierwsza sesja po długiej przerwie, jaka wypadła nam ostatnio. Systemem, jaki wybraliśmy był WFRP 2 edycja, gdyż wszyscy z okazji powrotu „kultowego systemu” na rynek – chcieli zagrać. Ukazała się też kampania „Ścieżki Potępionych”, którą chce poprowadzić jeden gracz z naszej drużyny. Okazało się niestety, że wcześniej przeczytałem cały podręcznik główny, a tam zamieszczony był scenariusz, będący jakby pilotem do kampanii. Szkoda marnować tego wstępu - zwłaszcza, że mimo tego, iż nie lubię spisanych scenariuszy wykorzystywać w całości, – więc podjąłem decyzje, że właśnie to poprowadzę. „Przez ostępy Drakwaldu” po przeczytaniu bardzo mi się spodobała i chciałem ją nawet poprowadzić jako oddzielną przygodę – wprowadzającą zarówno w nowy storyline, jaki i nową mechanikę.

Postacie stworzyliśmy już wcześniej, więc w Untergardzie, na wskutek takich czy innych splotów historii wylądowali: łowca nagród, banita, elfia przepatrywaczka i krasnolud podżegacz.

Nie wiem czy jest sens przedstawiać całą fabułę dokładniej, ( bo mógłbym zostać posądzony o łamanie praw autorskich:P), więc tego raczej nie zrobię. W skrócie, fabuła przygody opiera się na wymarszu ludzi, z zagrożonej przez atak mutantów wioski (jak wiadomo po Burzy Chaosu pełno tego pełza po pobliskich drzewach:P), ale wśród uchodźców nie wszyscy są tymi, za których się podają. W trakcie przygody BG dostają też pewne „zlecenie”, które odegra wiążącą rolę w początkach „Popiołów Middenheim”. Scenariusz uważam za dobrze rozpisany, choć brakowało mi mapki z zaznaczoną trasą ucieczki uchodźców, oraz jej okolicą (polecam zrobić przed poprowadzeniem!), oraz dwie sceny, które mnie trochę zirytowały, więc je zmieniłem. Oto zmiany:

Pierwszą denerwującą rzeczą był atak mutantów podczas przemowy kapitana. Ukryty mutant strzela w butelkę kapitana, która rozpryskuje się – ta scena wydała mi się dziwna, więc w mojej wersji mutant postrzelił obecnego na placu kapłana Sigmara poważnie go raniąc. Kilka dni później, bardzo pożądana jest śmierć ów kapłana, który w oryginale ginie przypadkiem: wpadając do czegoś na kształt wilczego dołu. Wpada od tak – pechowo. Pierwsza moja zmiana pociągła druga: kapłan umiera wskutek rany postrzałowej i długotrwałej wędrówki. Wydało mi się to lepsze od wydarzeń proponowanych w podręczniku.

Próba przyzwania demona, która była kulminacyjnych momentem scenariusza, nie została na czas przerwana – demon poleciał dokonać swojej zemsty na grafie tutejszych ziem. BG chcieli wykorzystać ten moment i próbowali się dostać do twierdzy Sternhauera – lecz w środku szalał demon, a wspinanie się na mury twierdzy nocą nie było najlepszym pomysłem, mimo obecności krasnoluda i elfki. Wrócili, więc do uchodźców.

Właściwie ta scena najdziwniej wypadła, gdyż gracze byli przez chwile przekonani, że tak naprawdę to nie pozwoliłbym się tam dostać, bo za szybko by się obłowili

Teraz myślę, że mogłem tą ostatnią scenę rozegrać inaczej. W miarę jak zbliżali się do siedziby Sternhauera (swoją drogą szkoda, że nie była opisana dokładniej, a miała w scenariuszu dość istotne znaczenie), mogli napotkać człowieka, który stamtąd uciekał – poparzonego, oraz bełkoczącego coś o szalejącym demonie, którego nikt nie mógł tknąć nawet, bo zaraz buchało ogniem. Mogliby mimo ostrzeżeń ruszyć do twierdzy i próbować jeszcze coś zdziałać – jednak było późno już, trzeba było kończyć (niektórzy wstają do pracy) więc znów nie czepiali się tak bardzo.

Generalnie mechanika nowego WFRP, jak mogę stwierdzić po tej sesji, wypada bardzo dobrze na tle starej, (ale o to chyba nie trudno:P) to jednak wymaga bardzo dokładnej znajomości. Ilość manewrów czyni walkę bardzo fajną i nawet nie trzeba silić się na sztucznie dorabiane opisy do walk – mechanika załatwia za nas opis, gdzie w poprzedniej edycji trzema możliwościami były atak, unik, i parowanie – teraz tych akcji jest wiele więcej)

Gracze stwierdzili, że wystarczy jak ja znam mechanikę, ale to jednak strasznie spowalniało potyczki, i nie całkiem pozwalało docenić zalety nowego WFRP. Nawet stwierdzili, że walka niewiele się różni, od wcześniejszej edycji, chociaż bardzo istotną i od razu zauważalną zmianą są dwie akcje podczas swojej tury, ale na szczęście jakieś tam podstawy zostały zapamiętane (np. przycelowanie przed atakiem:P) Na końcu sesji przypomniałem sobie, że zapomniałem jeszcze powiedzieć o PS ich wykorzystaniu, – ale cóż, to była pierwsza sesja i ja również mogłem o czymś zapomnieć
Wspomnienia: CP2020 2006-03-15
Była to jedna z ostatnich sesji, w jaką grałem w CP2020. Pomysł tej sesji mi się strasznie spodobał, więc uznałem, za wart opisania.

Podróżowaliśmy wraz z rodziną nomadów po bezdrożach gdzieś w okolicach wielkiego miasta. Z miast nas regularnie goniono, traktowano jako przybłędy, więc zostały nam jedynie bezdroża. Z resztą było nam to na rękę. Tylko tutaj mogłem wraz z siostrą śmigać na swoich niesamowitych motorach (jedyne, co kochaliśmy, prócz rodziny oczywiście), ścigając się, słuchając głośno muzyki poprzez wszczepy i osiągając niesamowite prędkości. Często w taki sposób sprawdzaliśmy teren przed cała kolumną wozów naszej jednej wielkiej rodziny.

Pewnego dnia odnaleźliśmy, w niewielkiej dolince skupisko opustoszałych budynków – pozostałości fabryk czy czegoś innego toksycznego, bo co innego może stać poza miastem. Teren okazał się w sam raz na dłuższy kilkudniowy postój. W sam raz by wysłać kilku z nas do miasta na uzupełnienie zapasów, czy odnowienie kontaktów. W mieście czekała nas niewielka misja odnalezienia dawnego przyjaciela ojca i wręczenia mu przesyłki, po czym wróciliśmy do obozu.

Pewnej nocy wszystko się jednak zmieniło. Na tle gwiazd nad głowami pojawiły się jakieś pojazdy. Coś spadło z nieba i uderzyło w jeden z budynków. Kilku z nas poszło sprawdzić, co się dzieję. Wytropiliśmy to coś, ale okazało się, że to jakiś cyberświr. Niesamowicie szybki, trudny do trafienia, śmiertelnie groźny w walce wręcz i wewnątrz budynków. Na szczęście, nie posiadał żadnej broni dystansowej, bo by nas wykończył. Do walki wręcz nie było, co doprowadzić, ponieważ zaszlachtowałby nas zanim którykolwiek z nas zdążyłby zareagować.

To jednak nie koniec niespodzianek. Wkrótce po nim desantował się oddział półborgów Arasaki. Zrobili sobie z naszego obozowiska plac treningowy. A myśmy się dostali w dwa ognie. Dla nich praktyka a dla nas kwestia przeżycia. Nie zwracali na nas w ogóle uwagi chyba, że weszliśmy im w drogę. Wtedy nie było z nas, co zbierać.

Udało mi się dorwać broń jednego z tych z Arasaki, którego zaszlachtował wcześniej rzeźnik. Postanowiliśmy uciekać. Ten, na którym ćwiczyli, nie odpuszczał żadnego z nas. W krytycznym momencie, podczas ucieczki w górę po zboczu już wspinał się za nami. Siostra skręciła nogę i wiedzieliśmy, że nie da rady wyjść. Nie zastanawiałem się wiele, ułożyłem się wygodnie i wypaliłem w tego skurczybyka. Jakimś cudem (krytyk:P) trafiłem niemal w oko, i ścigający nas rzeźnik stoczył się w dół, prosto pod nogi wojowników Arasaki. Ci jak go już dopadli… nie było, co zbierać.

Nigdy nie wróciliśmy w tamto miejsce. Ciekawe czy tym z Arasaki zaliczyli ćwiczenia w terenie. Ja zostałem bohaterem pośród swoich.
Wspomnienia: WFRP 1.0 2006-03-15
Jutro najprawdopodobniej prowadzę po raz pierwszy nową edycję WFRP. Przypomniały mi się początki z pierwsza edycją a właściwie jedna z pierwszych sesji. Była to sesja szczególna. Rozegrana gdzieś w okolicach 1995 roku i była pierwsza poważną sesją poprowadzoną wg scenariusza, który własnoręcznie napisałem. Była to ogólnie moja trzecia sesja (pierwszą był Kontrakt O. z podręcznika głównego WFRP, a drugiej nawet nie warto wspominać, bo nie wyszło jak chciałem). Oto skrót z tej trzeciej (pierwszej poważnej) sesji:

Drużynę stanowili krasnolud i dwoje ludzi – podróżujący awanturnicy.

PG podróżowali beztrosko po trakcie, gdy w pewnym momencie minęło ich kilku Rycerzy Zakonnych Sigmara z charakterystycznym Łowca Czarownic. PG dotarli na wieczór do niewielkiej wioski (właściwie miasteczka) i wynajęli spokojnie miejsce w gospodzie.

Wieczór minął spokojnie, narobili sobie trochę wrogów: grając w kości, tudzież siłując się na rękę. Zostali zapamiętani. Zostali tam na kolejną noc, gdyż na dworze panowała straszna ulewa.

O świecie trzeciego dnia do karczmy wpada mężczyzna, z którym ostatnio wygrywali w kości, wraz z trzema Rycerzami Zakonnymi oraz Łowca Czarownic. Okazuje się, że miejscowy kapłan Sigmara został zabity. I na miejscu zbrodni był widziany jeden z PG. Cała trójka została zaaresztowana przez Łowcę Czarownic o wdzięcznym imieniu Otto.

Zostali poddani dość niewdzięcznym torturom, przy których byli obecni Otto oraz kapitan zakonników. W końcu przed świtem udaje się PG zbiec z miejsca tortur, wykorzystując pomysł jednego z PG. Wymykając się z osady natrafiają na porzucone w lesie ciało kapitana sigmarytów, który leży tu już jakiś czas. Dochodzą do wniosku, że to jest dziwna sprawa, skoro kapitan ich torturował przed chwilą a teraz leży martwy już dość długo w lesie.

Wiedzieli, że jeśli uciekną mogą być ścigani nadal, a to im nie byłoby na rękę. Wierzyli, że jeśli odkryją to, iż kapitan jest kimś innym niż się podaje, być może udowodnią swoją niewinność. W końcu może mają do czynienia z kimś, kto i mógł się podszyć pod jednego z nich i w ten sposób, zabijając kapłana Sigmara obciążył PG – wtedy byliby niewinni. Określili, więc swojego wroga, jest albo doskonałym aktorem oszustem, albo mutantem, który potrafi przybrać dowolną postać. I nienawidzi wyznawców Sigmara. Wiedzieli, że do Otta nie mogli się udać, bo był zbyt fanatyczny. Trzeba, więc iść do „źródła”.

Jeden z PG wyczaił rozmowę, z której wynikało, iż kapitan poszedł modlić się w odosobnieniu do świątyni Sigmara. Dwójka PG zrobiła niewielkie zamieszanie, aby drużynowy wojownik – krasnolud wdarł się do świątyni i „wyjaśnił” sprawę. Wojownik dostał się do świątyni, a w międzyczasie reszta próbowała doprowadzić innych zakonników do trupa ich kapitana.

Drużynowy wojownik stanął naprzeciw nie kapitana, ale samego siebie. Otto w międzyczasie złapał jednego z PG, ale ten się tłumaczył, o co chodzi z kapitanem. Łowca Czarownic i dwóch zakonników wrócili do świątyni i widzieli walkę między dwoma klonami. Otto chciał zabić obu, ale schwytany powiedział, że wierzy, że wygra lepszy i prawdziwy, bo ma większe doświadczenie, niż kopia. I faktycznie, gdy pada ostatni cios, na ziemie nie spada krasnolud, tylko wiecznie zmieniająca się postać, która co chwila jest kimś innym: począwszy od kapitana, przez PG, pod którego się podszyła, i wiele innych.

Otto nie miał wielkiego wyboru jak wypuścić uniewinnionych PG, zrobił to jednak niechętnie i jeszcze przez wiele innych przygód był odwiecznym adwersarzem drużyny.
Powrót do Starego Świata. 2006-03-13
W najbliższym czasie istnieje duża szansa, że rozpoczną się sesje. Powstaje w zamyśle blog opisujący wydarzenia, których akcja rozgrywa siębędzie podczas sesji. Przynajmniej mam taką nadzieję...
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
286
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
10
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
0
Zobacz serwisy INTERIA.PL